Jak grać, wygrać i nie dostać chochlą ?

Nikt nie ukrywa, że w grach planszowych chodzi o to aby wygrać, sprostać zadaniu, osiągnąć cel ustalony przez twórcę danego tytułu. I każdy z grających dąży do tego aby zrobić to jak najlepiej. Zazwyczaj wiąże się to z rywalizacją określaną pojęciem „interakcji” między graczami, a ostatnio coraz częściej wręcz jako „negatywnej interakcji”. Jedni krzykną super ! Będzie jatka, będą emocje, poleje się krew. Może ktoś podenerwowany ekstremalnie ciśnie we współgracza pionkiem nad planszą. Inni uprzejmie przytakną, że to zdrowo trochę się podroczyć, pokazać pazur od czasu do czasu. Ale ja mam z tym pewien problem.

Tak się złożyło, że z małżonką we dwoje bardzo lubimy planszówki. Więc plansza do momentu jej rozłożenia nas łączy. Ale po pierwszym ruchu zaczyna dzielić. Rozpoczynamy wyścig kto kogo przechytrzy, kto z kim dziś wieczór wygra. Co z tego, że gramy z naszymi gośćmi, przyjaciółmi, znajomymi – rywalizujemy ze sobą. Dziś w Puerto Rico wygrał Piotr, super, gratulacje mu się należą, ale to JA wygrałem z TOBĄ żono i to mnie bardziej cieszy ! Ha jestem lepszy, przegrałaś ze mną… BACH chochla poszła w ruch – przepraszam kochanie już będę grzeczny…

Wszystkie Panie proszę o wybaczenie za to automatyczne posłużenie się stereotypem – chochlą. Kobieta rządząca domem, gospodyni, władczyni tego obejścia, kojarzy mi się od dzieciństwa jednoznacznie z narzędziem, które z jednej strony obdaruje głodnego wędrowca smacznym posiłkiem, a z drugiej wymierzy mu sprawiedliwość, nim ten zdąży się wytłumaczyć z zabłoconych buciorów i śladów na podłodze. Punkt równowagi to bardzo delikatna kwestia w tej materii. Są pewne przyzwyczajenia, z którymi walczymy na co dzień, które chowamy skrzętnie, z którymi staramy się nie obnosić publicznie. To tak jak z cebulą – ma warstwy.

Ale przy planszówkach zmieniamy się w ogry. Ogr, akurat w tym przypadku, nie ma warstw – ogr ma zadanie: wygrać. Z jednej strony może obrać taktykę siłową i przyjąć razy chochlą prosto na pancerz. Z drugiej, myląc przeciwnika, może się skradać, odpuszczać ale wnet atakować. Przegranie jednej potyczki nie przesądza o przegranej wojnie. Co najważniejsze w tej strategi, to być tylko o mały kroczek na prowadzeniu. Zbyt duża różnica in plus dla strony nie dzierżącej chochli w dłoni prosi się o cios nokautujący. To jest bardzo ciężka gra.

Tylko czy to ma sens ? Gdzie przyjemność ze wspólnej zabawy ? Gdzie radość z dzielenia się tym wspólnym hobby ? Odpuściłem już dawno zażartą rywalizację. Zostałem omotany przez chochlę. Wolę pełny brzuszek niż wygraną do wtóru kiszek grających marsza.

  • Ostatni akapit mnie rozłożył na łopatki 😉

  • Sebastian Płocki

    Grać z żoną tylko po to żeby wygrać? To chyba jakaś pomyłka i pierwszy krok do tego, aby plansza coraz rzadziej lądowała na stole. Granie z żoną to raczej mile spędzony czas, luźne granie bez spiny i liczenia słupków.
    Wiem o czym piszę.

    • Drogi Sebastianie, domyślam się, że w Twojej rodzinie pełnisz rolę chochli w takim razie… 🙂

  • Arek Deroszewski

    Ja z żoną gram niby na serio, ale muszę przyznać, że zdarzają się takie tytuły, do których nie chciałbym zrażać swojej lepszej połówki, więc gram w nie trochę… inaczej. Nie powiem, że się w 100% podkładam, ale próbuję zastosować jakieś pokrętne lub absurdalne taktyki (o ile poziom złożoności gry na to pozwala), które z reguły doprowadzają do mojej porażki. W sumie jednak jest to pożyteczne, bo można w ten sposób wyłapać np. jakieś ciekawe zależności w mechanice, lub wręcz wady i niedoróbki…

  • Tusia Mara

    Ależ bym zdzieliła męża chochlą, gdybym się zorientowała, że choć troszkę się podkłada…